4 mar 2009

oto co mozna wystukac, byleby tylko nie uczyc sie do poprawki ze staty yo

Wyobraź sobie sytuację: jesteś wielkim twórca; nieważne czy jesteś wybitnie utalentowany, czy nadrabiasz  naprawdę ciężką pracą, istotne jest to, że jesteś najlepszy w tym, co robisz. Nadchodzi TWÓJ DZIEŃ. Na promocję twojej książki przychodzi mnóstwo osób, przekrój społeczeństwa, wieku. Przychodzą twoi znajomi, którzy jako "mądre głowy" moderują dyskusje Z TOBĄ, autorem DZIEŁA. Po godzinie przychodzi czas na pytania od zgromadzonej publiczości. 
Wtedy okazuje się, że jedyne na co stac twoje audytorium (grono na tyle odwaznych by zadac pytanie) to farmazony w stylu: "w związku z tym, że wydał pan książkę o filozofii XX wieku, co sądzi pan o myśli byłego ks. Węcławskiego?", "dlaczego redakcja Polityki promuje filozofię, a nie nanotechnologie i nauki biologiczno-chemiczne?!" oraz "co przynosi panu ukojenie?" opcjonalnie z "jak pan odpoczywa?". A, zapomniałbym o klasykach w stylu: "jaki jest sens życia?", "jak zmierzyc się z nieskończonością?"...
Taki los spotkał dziś prof. Tadeusza Gadacza na spotkaniu w redakcji "Polityki" z okazji wydania pierwszego z kilkunastu tomów jego nowego dzieła "Historia filozofii XX wieku". Praca przy tworzeniu tej serii książek musiała/musi byc ogromna; tworzy się coś na wzór dzieła życia, a na spotkaniach z ludźmi, których powinny poruszane zagadnienia interesowac - przyszłymi odbiorcami otrzymuje się tylko wyrazy ignorancji i głębokiego niezrozumienia. Jedynym (nieboecjuszowskim ;p) pocieszeniem może byc nieśmiała myśl, że może reszta miała na tyle wstydu, żeby nie obnażac swojej pustości, bądź po prostu zabrakło im odwagi do publicznego wystąpienia, ewentualnie bycia porównywanym z tą bezkształtną masą (zazwyczaj) emerytowanych, nastoletnich bądź centralnie pojebanych pseudointelektualistów.
Z drugiej zaś strony może nie jest tak źle? Może próba widoczna na tego typu spotkaniach nie odzwierciedla wiernie (albo w ogóle) populacji (w tym wypadku zainteresowanej grupy)? W końcu sytuacja podobna, lecz doprowadzona do granic absurdu miała miejsce na promocji książki Normana Daviesa "Europa. Między Wschodem a Zachodem". Średnia wieku spotkania na Czerskiej niebezpiecznie zbliżała się do wartości trzycyfrowej. Nie byłoby w tym nic złego, jeśliby ludzie, ktorzy tę wartosc zawyżali, przyszli tam po to, aby dowiedziec się czegoś o ponowoczesnym spojrzeniu na historię czy spotkac się z kimś kto kultywuje pamięc o (m.in.) ich dokonaniach. Żeby chociaż przyszli tam, by spotkac kogoś znanego... Niestety, audytorium takich spotkań (szczególnie historycznych) to ludzie którzy zawieszeni są gdzieś przestrzeni, z jednej strony taplając się we własnej martyrologii, z drugiej unosząc się ponad ziemię, będąc napompowanymi własnym mitem, niesieni wiatrem autokreacji, autocharakteryzacji i autopromocji (i prawdopodobnie jeszcze innymi desygnatami wyrażeń zaczynających się od prefiksu "auto" - autostopem chociażby). Z tego miejsca pragnę pozdrowic panów, którzy byli na tym spotkaniu i a) przekraczali z bratem zieloną granicę; b) są w stowarzyszeniu "Przyjaciół Mazurka Dąbrowskiego" (o czym TRZEBA było powiedziec); c) napisali wiersz o tym, że nikt już w nich granatem nie rzuci lub d) mieli akurat przypadkowo ze sobą zdjęcie, na którym siedzą na koloanach znanego generała, a w tle ich spalony dom... 
Nie czuję przy tym, że taka krytyka byłaby wyrazem braku szacunku. Szacunek bowiem należy się nie li tylko starszym z racji wieku, lecz również, a może przede wszystkim zasłużonym, z racji tego, czego dokonali. Nie umniejszam zasług walczących (ale umowmy się, faktycznie walczących nie mogło byc tam wielu; wielu przeżyło, niewielu dożyło), ale nie było to spotkanie poświecone ich gloryfikacji. Było to spotkanie poświęcone dziełu autora, któremu oni, zachowując się w ten sposób, nie okazali szacunku (ach, co za buwlers ;D).

Brak komentarzy: